Menu

ritalounge... antropologia współczesności

25 godzina ósmego dnia tygodnia

PITBULL. OSTATNI PIES. OBUDZIĆ PASIKOWSKIEGO! (RECENZJA)

ritalounge

Władysław Pasikowski zredefiniował kino gangsterskie w Polsce i śmiało można napisać - stworzył nowy nurt, w którym zaciera się granica pomiędzy dobrymi a złymi, a brudny realizm ukazywany jest niezwykle artystycznie za sprawą zdjęć Pawła Edelmana i nostalgicznej, męskiej muzyki Michała Lorenca, czy genialnego Tomasza Stańki. Nowego Pitbulla wyobrażałam sobie, jako kontynuację najlepszej formy Pasikowskiego. Jak wyszło? Niestety ten film nie będzie filmem kultowym, z którego cytaty wejdą do mowy potocznej, a bohaterowie staną się inspiracją w kulturze masowej.

Niezwykle mnie dziwi ocena wielu krytyków, którzy zdają się chwalić Pitbulla, tylko dlatego, że jest lepszy, niż gdyby nakręcił go Vega... Notabene Patryk Vega kręci świetne teledyski w konwencji filmów pełnometrażowych i jestem zakochana w jego ujęciach z drona materiałów promujących osiedla apartamentowców. Sądzę jednak, że nikt nie zakładał, że Pasikowski decydując się na realizację Pitbulla będzie chciał stanąć w szranki z Vegą w dyscyplinie z cyklu - nakręćmy kolejny film z serii Pitbull, ale żeby koniecznie nie miał nic wspólnego z pierwowozorem.

Co ciekawe - o obrazie było już głośno na długo przed premierą. Pospiesznie (i raczej niesłusznie) wieszano na Pasikowskim psy za współpracę z Dodą - jednak nawet gdyby zagrała jak Rasiak w polu karnym, nie mogłaby wziąć na siebie winy za zmarnowanie potencjału scenariusza, bo ten był tylko przeciętny. Swoją drogą warto odnotować, że Doda i jej kontrowersyjny partner Emil Stepień... byli producentami filmu.

I wyprodukowali... Stary, jak świat motyw policjanta, który wnika w świat przestępczy, niczym Hans Kloss, kelnerkę (Mira), którą reformowany gangster (Gawron) literalnie zgarnia z ulicy i postanawia się z nią związać zaraz po tym, jak poćwiartował siekerą poprzednią partnerkę. Jest tak romantycznie, że nawet willa hotelu z Michałowic nie dała rady ocieplić klimatu. I pomyśleć, że śmiano się z Baki, który zakochał się w początkującej modelce podczas pokazu mody w Hotelu Grand. Ta kiczowata scena z Reichu bije na głowę wątek Miry i Gawrona w Pitbullu. Chyba, że mieliśmy się wzruszyć epizodem babci z chorobą alzheimera... Przez cały film dobrzy policjanci jadą z Warszawy do Łodzi przez Szczecin próbując rozwikłać zagadkę śmierci kolegi policjanta, o pseudonimie Soczek. Zagadka się rozwija, orientują się, że wystarczyło kupić bilet z Centralnego na Fabryczny, a żeby nie było nudno, i żeby nikt nie miał wątpliwości, że ten film nie dzieje się w latach '90, to dorzucono walkę Szpilki, podczas, której dwóch najbardziej poszukiwanych w kraju bandytów siedzi na świeczniku oraz dopisano do scenariusza parodię afery Amber Gold.

Do kina iść można, bo Pitbulla ratują trzy kreacje: Dorocińskiego, Stroińskiego i Woronowicza. Dwaj pierwsi - Hycel i Metyl to klasyczne psy z konwencji klasyki Pasikowskiego. Są szorstcy, piekielnie skuteczni i nieznośnie niepoprawni politycznie - w myśl zasady cel uświęca środki, a regulamin pracy w policji jest po to, żeby go łamać. Bardzo przyjemnie ogląda się ich razem na ekranie - starsze i młodsze pokolenie aktorów przez wielke A. Z kolei postać Juniora grana przez Woronowicza, to wyrachowany rezun, który bez skrupułów realizuje swój plan - wyjścia z cienia brata. Beznamiętne spojrzenie, drwiący uśmiech i psychopatyczny tembr głosu, to fantastyczny arsenał, dzięki któremu Woronowicz zaskarbił sobie moja ogromną sympatię.

Jednak to wciąż za mało, skoro scenariusz zawierał sporo luk, których nie wypełniła, ani muzyka Radosława Łuki, ani zdjęcia Macieja Lisieckiego, to i ocena całości pozostaje jedynie na 5/10. 

Mam równocześnie gorący apel do reżysera - Panie Władysławie - proszę się zdecydować, czy chce Pan nadal tkwić w latach '90 i trzymać się konwencji, w której był Pan świetny, czy też decyduje się Pan na podróż wehikułem czasu do Polski współczesnej. Najgorsze, co może Pan zrobić, to stać w przysłowiowym rozkroku. 

PitbullOstatniPiesSlajd

POWRÓT NA BLOG PO 10 LATACH?

ritalounge

Ogłoszenie powrotu do pisania tego bloga akurat 1 kwietnia brzmi, jak świetny Prima Aprilis. Jednak dla mnie bardziej nieprawdopodobne jest, że serwis blox.pl nie zamknął go przez prawie dekadę braku aktywności. Co prawda statystyki strony - ku mojemu zaskoczeniu - podają, że każdego dnia pojawiają się tu jacyś zbłąkani wędrowcy, to jednak po 10 latach spodziewałabym się raczej zderzyć z 404 page not found.

Tymczasem ten blog jest jak opuszczony pośpiesznie dom. Na stole leży nadgryziona kanapka (z McDonald's, więc nie pokryła jej pleśń), w porcelanowmy kubku wyszuszona na wiór torebka Earl Greya tkwi w brunatnym osadzie, który byłby nie lada wyzwaniem dla zmywarki, telewizor kineskopowy płonie ze wstydu, widząc dziś swoje odbicie w lustrze, choć jego nadwaga nikomu kiedyś nie przeszkadzała, a zakurzony kalendarz ścienny przypomina rok 2008. Donald nie znał jeszcze angielskiego, Krakowskie Przedmieście, oddane po remoncie, było tylko miejscem dla spacerowiczów, a dolar zanurkował do poziomu 2,02 zł. Pamiętam orkany, które szalały i żyć nie dawały, i pamiętam wyczekiwanie na premierę iPhone'a 3G w Polsce.

Po drugim roku studiów na Politechnice Łódzkiej wyjechałam na długie wakacje do Londynu, a gdy wróciłam oddałam się w wir pracy naukowej, a wkrótce i zawodowej. Oszukiwałam się, że nie mam już czasu na pisanie bloga, a później łatwo w to kłamstwo uwierzyłam. Nawet nie chce mi się czytać, co wtedy pisałam, tak samo, jak i za 10 lat mogę nie chcieć nawet spojrzeć na tę notkę. Przy założeniu, że rozwój postępuje liniowo i że będę wciąż potrafiła krytycznie ocenić swoje pisanie.

Ten blog miał kiedyś ciekawą szatę graficzną mojego autorstwa - grafikę przedstawiającą skórzane fotele, czekoladowy odcień tła, a całość miałą w założeniu imitować zatapianie się w szezlongu w eksluzywnym, lotniskowym lounge'u. Dodałam kontrastujący element krzyczącej zieleni i napis w stylu graffiti. Podtytuł - antrolopogia współczesności - powstał na fali mojej fascynacji naukami społecznymi na studiach, które miały wpływ na pewne elementy mojej wrażliwości. To zdanie brzmi mniej więcej tak samo egzaltowanie, jak to, jak się wtedy czułam, szczęśliwie z tego wyrosłam

Zapraszam do czytania kolejnych wpisów i odwiedzenia mojego Instagrama.

TELEFONIA STACJONARNA EKOTEL WALCZY O KAWAŁEK TELEKOMUNIKACYJNEGO TORTU

ritalounge

Dziś trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu mieliśmy do czynienia z monopolem na rynku stacjonarnych usług telefonicznych. Telekomunikacja Polska królowała niepodzielnie, za nic mając sobie UOKiK, czy dobro przysłowiowego Kowalskiego. Nie podobało się - to nie miało się telefonu, na którego podłączenie dodatkowo trzeba było czekać. Pamiętam czasy, w których, aby dzwonić za granicę trzeba było zamawiać rozmowę, a po miesiącu klęło się na koszty, gdy listonosz przynosił rachunek.  

W Polsce AD 2008 panuje wolna konkurencja, daleka od ideału, ale w fazie 'uczenia się'. Z pewnością tysiące abonentów odetchnęło z ulgą, gdy na horyzoncie pojawiła się możliwość powiedzenia nielubianej tepsie 'goodbye'... przynajmniej pozornie, bo w praktyce inni providerzy usług korzystają z linii TP.  Swego czasu agresywna kampania TELE2 śniła mi się po nocach i osobiście nie dałam się skusić na zmianę operatora. Przyczyna jest prosta - korzystam z Internetu (sieć kablowa) i z komórki, mam 'złoty numer', więc nie odczuwam potrzeby rezygnowania z TP, która pomimo wielu wad wciąż jest gwarantem wysokiej jakości usług.  

Mimo to, kwestionowałabym jej konkurencyjność cenową i dlatego posiadaczom abonamentu w tepsie sugerowałabym zapoznanie się z ofertami alternatywnymi. Najnowszym kandydatem do odebranie tepsie klientów jest EKOTEL. Zapoznałam się z ich stroną internetową i ofertą i mam kilka spostrzeżeń...  Strona wykonana nowocześnie, łebdwuzerowo od pierwszej wizyty sprawia wrażenie świeżości, szkoda tylko, że nie znalazłam żadnych (!) informacji o samej firmie, do kogo należy marka, co oznacza nazwa... Czy nawiązuje do eko-ekonomiczny, czy może eko-ekologiczny, co może sugerować modelka na trawie i soczysta zieleń? Kontynuując wady EKOTEL-u bardzo nie podoba mi się wyłączenie sieci PLAY z cennika obowiązującego dla pozostałych operatorów komórkowych. Odpowiednio 0,55 brutto/min do wszystkich i 0,89; 0,74 poza godzinami szczytu do PLAY. Posiadam mobile w PLAY i taki deal zdecydowanie mnie zniechęca...  

Tyle minusów - pora na zalety EKOTEL. Pierwszą i najważniejszą są TANIE ROZMOWY. Jak to działa? Jak podaje usługodawca 'operator oferuje usługi abonamentu telefonicznego oraz połączeń telefonicznych na liniach TP. EKOTEL kupując hurtowo abonamenty od tp może oferować je swoim klientom w niższych cenach przy zachowaniu wysokiego poziomu usług.'   

Przejście do EKOTEL-u jest dziecinnie proste, co z pewnością brzmi kusząco. Dodatkowo można zachować swój dotychczasowy numer (za 61 zł) i pozatelefoniczne usługi z jakich korzystało się w tepsie. Miesięczny abonament to jedynie 39,99 brutto i 100 minut do wykorzystania na rozmowy lokalne i międzymiastowe. Za połączenia lokalne zapłacimy tylko 0,05-0,10 zł za minutę, zaś za międzymiastowe 0,12-0,34 zł/min. Cena połączeń międzynarodowych jest konkurencyjna względem TP, czy TELE2, natomiast pozostaje droga w porównaniu z tzw. 'tanimi numerami'. Przykładowo minuta do Niemiec, Włoch, Wlk. Brytanii - 0,58, zaś na telefony komórkowe - 1,29.   

Bardzo podoba mi się panel administracyjny, poprzez który istnieje możliwość sprawdzania online szczegółowego billingu połączeń i zarządzania swoimi usługami. Lubię załatwiać, wszystko co możliwe przez Internet, dlatego doceniam tę użyteczność.   

Więcej informacji na stronie www.ekotel.pl


 

POZYCJONOWANIE I REKLAMA W INTERNECIE

ritalounge
Czego nie ma w Internecie, tego nie ma na świecie - zwykła mawiać moja pani profesor od informatyki. Blisko 70% MSP w Polsce ma dostęp do Internetu. A tymczasem tylko 13% inwestuje w innowacje, a procent przedsiębiorstw prowadzących działania e-marketingowe trudno oszacować. Czy przedsiębiorcy obudzili się już z letargu i zrozumieli, że era, w której własną www miały tylko duże firmy, przeszła do historii, a dziś, w niektórych branżach, aby skutecznie konkurować potrzeba nie tylko przemyślanego serwisu, reklamy, ale i systemu zarządzania relacji z klientem?

Widząc pseudo-wizytówki internetowe wykonane w najbardziej archaicznej wersji html-a, z grafiką pozbawioną smaku i brakiem optymalizacji nakierowanej na silniki wyszukiwawcze, natychmiast rezygnuję z usług potencjalnego usługodawcy - czy to sprzedawcy bielizny, czy właściciela pensjonatu w Mielnie. Ale dla webmastera, to i tak sukces, że znalazłam się na jego stronie. Dać się znaleźć - w tym cały szkopuł. Guru e-marketingu Dave Chaffey podkreśla ogromną rolę tzw. 'marketingu wyszukiwarek', króry sprowadza się do skutecznego pozycjonowania witryny i znalezienie się na szczycie wyników wyszukiwań google, a tym samym osiągnięcie jak najwyższej cyferki w magicznym i pożądanym Page Ranku, czyli googlowym algorytmie do obliczania, jak popularna jest w sieci nasza strona.

Pozycjonowanie stron, czyli tzw. SEO (search engine optimalization), to zespół działań służących do wypromowania strony w sieci. Po pierwsze ważny jest właściwy dobór słów kluczowych, czyli w uproszczeniu i bez zagłębiania się w szczegóły i sztuczki (niezawsze etyczne), jakie stosują webmasterzy i programiści, to pisząc na blogu - 'skuteczne pozycjonowanie', zwiększam szansę na to, że ktoś, kto wpisze w google ten zwrot, otrzyma link do mojego bloga. Analiza statystyk ruchu na stronie, czyli tzw. trafficu pozwala na bieżąco śledzić zachowania odwiedzających, w szczególności ich preferencje. Z ogólnodostępnych systemów statystyk warto polecić rozbudowane google analytics, natomiast chcąc dogłębnie monitorować kampanie internetowe i ROI, należy zwrócić się do specjalistów lub zainwestować w zaawansowane rozwiązania. Optymalizacja stron, to z kolei dostosowywanie kodu i treści strony do przyjętych standardów, np. minimalizowanie objętości kodu w celu zwiększenia prędkości działania strony lub uczynienie nawigacji i interface'u bardziej przyjaznego użytkownikom. Naturalne linkowanie nie traci na znaczeniu i w znacznej mierze generuje wejścia do serwisów www. Tkwi w nich ogromny potencjał, zwłaszcza w dobie rozkwitu serwisów społecznościowych i agregatów treści, dlatego konieczne jest uwzględnienie tej formy reklamy w działaniach e-promotion mix.

Przestrzeń internetowa stopniowo staje się równoległym światem - już nie wirtualnym, ale jak najbardziej rzeczywistym - tak jak rzeczywiste są pieniądze, jakie można zarobić decydując się na e-commerce. Kto pozostaje offline, nie jest jeszcze za burtą, ale naraża się na balansowanie po pokładzie podczas sztormu - większy podmuch i raz na zawsze wypadnie z gry. Reklama w Internecie to dziś konieczność. Dobra reklama - kreatywna, profesjonalna, estetyczna, a przede wszystkim oryginalna. W sieci nastąpiło odwrócenie tradycyjnej zależności push, na pull - to Internauta decyduje, co chce oglądać i czy to się reklamodawcy podoba czy nie - musi trafić w gust odbiorcy. 

Przydatne linki:
www.pozycjonowanie.comweb.pl
www.comweb.gpe.pl

IN THE WEE SMALL HOURS

ritalounge
Batman powróci, już niedługo. E-Gotham może spać spokojnie ;) Od służbowych obowiązków blogowych odciągnęły mnie prozaiczne czynności naukowo, osobisto, przyszłościowe... Ale ileż można?! Przecież blog jest najważniejszy

A żeby ten wpis nie pozostawił Was rozczarowanymi, to zapraszam do posłuchania naprawdę dobrego jazowego utworu, który, choć znany mi od dawna, od kilku dni ma swoje '5 minut' na playliście. Miło mi zaczynać od niego dzień - 'In the wee small hours', z roku 1955! Muzykę skomponował David Mann, słowa napisał Bob Hilliard. 

Piosenka znalazła się na wyśmienitej płycie Franka Sinatry, pod tytułem 'In the wee small hours'. Tym razem niestety, mimo mojego nieskończonego podziwu dla mistrza Franka, wybrałam interpretacje panów Stinga i Chrisa Bottiego. Szczerze mówiąc ich cover, to jak zupełnie inna piosenka, tym niemniej piękna. W youtubowym clipie Sting zdaje się mieć lekką zadyszkę - prawie jak ja po porannym biegu do tramwaju ;) Po doskonalszą wersję zapraszam na płytę Chrisa - 'Slowing down the world' (1999).

A o czym jest piosenka?
Zanim księżyc przywita się ze słońcem
Gdy cały świat jeszcze smacznie śpi 
Ty leżysz rozmyślając o tej dziewczynie
I nie w głowie ci liczenie owiec

Gdy już twe samotne serce czegoś się nauczyło
Należałbyś do niej, gdyby ona tylko zadzwoniła
Zanim księżyc przywita się ze słońcem
właśnie wtedy najbardziej za nią tęsknisz




EWOLUCJA TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH W MARTWYM PUNKCIE

ritalounge
Nie jestem specjalistką z branży telekomunikacyjnej, nie jestem też zwykłym użytkownikiem, dla którego protokół HSDPA to dziwnie brzmiący skrót, a szczytem oczekiwać jest 'żeby aparacik miał wyraźne literki i polskie menu'. Obserwuję rozwój telefonii komórkowej w Europie, zarówno pod kątem usług, jak i sprzętu i myślę, że temat jest tak obszerny, że mógłby posłużyć jako temat pracy habilitacyjnej. Dlatego w notce tylko garść moich przemyśleń.

Telefon komórkowy jako taki, z połowy lat '90, czyli z czasów 'cegieł' miał spełniać dwie funkcje: służyć jako mobilny aparat telefoniczny do rozmów i do wysyłania SMS-ów. I pierwsze modele spełniały te wymogi wyśmienicie, wówczas problemem była infrastruktura telekomunikacyjna oraz koszt usług. Wtedy nie liczył się design, który na znaczeniu wyraźnie zyskuje dopiero od początku XXI wieku. Wówczas ważne było 'umobilnienie' telefonu, czyli sprawienie, że będzie lżejszy, bardziej poręczny - stopniowo aparaty zmniejszały gabaryty, następnie ciężar, wprowadzono wewnętrzne anteny. Pojawił się model dla mas - Nokia 3210, zapewne jeden z najbardziej popularnych modeli w Polsce. Miał przejrzyste menu, był poręczny, oferował też coś więcej - niezapomnianą grę 'wężyka'. Trzech usługodawców podzieliło się telekomunikacyjnym tortem, z korzyścią dla klientów - ceny stały się przystępniejsze. 

Na rynku pojawiało się coraz więcej modeli popularnych wówczas marek: Nokia, Ericsson, Alcatel, Siemens, Philips, Motorola. W oczach konsumenta różnice polegały na rozwiązaniach (ubogiego jeszcze) softu, na rozmieszczeniu klawiszy, na rodzaju obudowy (candybar vs. clamshell). Pamiętam, że największą renomą cieszyły się Nokie i Ericssony. Alcatel zasłynął małymi, jak na owe czasy, telefonami z rewolucyjnym joystickiem. Philips wprowadził głosowe wybieranie numerów (pamiętacie reklamę 'idiot'?). Tak się kręciło bez większych rewolucji, kiedy to w 2000 roku Siemens wypuścił model SL 45i. Według mnie był to najbardziej przełomowy telefon i żaden inny od tej pory nie przebił go w sensie fundamentalnej zmiany podejścia do komórek. A to wszystko za sprawą javy, możliwości łączenia z komputerem (jeszcze nie przez usb), wymienialnej karty pamięci, a przy okazji odtwarzaczem mp3 (nie wspominając o eleganckim designie) 'Eselka' doczekała się chyba najwierniejszej rzeszy fanów, kilkudziesięciu stron i forów, na których wymieniano się grami, logami, animacjami, a nawet aplikacjami, niekiedy bardzo rozbudowanymi. 



To już nie był tylko telefon, to było mobilne centrum rozrywki, niezawodne (kilkanaście upadków na ziemię... i działał) z niedoścignionym softem (moje następne telefony nie posiadają wszystkich zmyślnych rozwiązań SL 45i). Zmierzch ery tych telefonów przyszedł z chwilą pojawienia się aparatów z kolorowym wyświetlaczem. Ci, którzy pamiętają pierwsze modele (65 tys. kolorów) z pewnością pamiętają, że były to buble o kilka klas niższe od wspomnianego Siemensa

Monochromatyczne wyświetlacze przeszły do historii, choć mimo szalonej ekspansji kolorowych komórek, mono wciąż są popularne i często wprawia mnie w zdumienie widok telefonów, które już dawno powinny znaleźć się w muzeum. W gruncie rzeczy najbardziej zasadniczą różnicą pomiędzy nimi jest brak możliwości wysyłania MMS-ów. Reszta niewiele się zmieniła. To co obserwujemy od ostatnich 5 lat, to tylko gadżeciarstwo. Pojawienie się w komórkach aparatu fotograficznego, skalało na wieki obszar prawdziwej fotografii i przyczyniło się do żałosnych scen na ulicy, w teatrze, w szkole, gdzie ludzie z wystawioną ręką 'fotografują'. Ani się nie obejrzeliśmy, jak z VGA przeszliśmy do 5 megapixeli (Sony-Ericsson bezapelacyjnie zabłysnął), choć standard to wciąż 1.3 Mpix. Jeszcze groźniejszą plagą zdaje się być dorzucenie opcji 'kamery' (obejrzyjcie czasem Annę Marię Wesołowską).

W procesie odtelefonowywania telefonu, jedno zasługuje na pochwałę - rozwój protokołów transmisji danych. W połączeniu z korzystnymi taryfami usługodawców czymś powszechnym staje się dziś sprawdzanie w komórce poczty, czy korzystanie z google. Wszystko to jednak zmierza do smartphonów z systemem operacyjnym, a wówczas powoli zacierają się różnice pomiędzy smartphonem a PDA (spójrzcie na iPhone'a!).

Dlaczego uważam, że od jakiegoś czasu tylko pozornie następuje rozwój telefonów komórkowych? Bo paradoksalnie coraz częściej zatracają swoją podstawową funkcję - TELEFONOWANIE I ROZMAWIANIE! Wyobraźmy sobie najnowszy model z wielkim, błyszczącym wyświetlaczem, świetnej jakości dzwonkami mp3, z radiem, z nawigacją gps, wi-fi, obieramy telefon, rozmawiamy przez kilka minut i...?

BATERIA WYMAGA ŁADOWANIA

Przy obecnych standardach Li-ion, Li-poli i przy coraz większych obciążeniach, opowieści o Nokii trzymającej tydzień można potraktować jak legendy z zamierzchłych czasów. Dopóki nie wprowadzi się nowych rozwiązań akumulatorów, uciechę będą mieć tylko Geeki...

6 RZECZY, CZYLI BLOGOWA ZABAWA W USTRZELANIE

ritalounge
Czego to Internauci nie wymyślą? Ktoś kiedyś powiedział, że Internet to świat w świecie, nie należy go ignorować, bo rządzi się takimi samymi mechanizmami, jak otaczająca nas rzeczywistość. Ciekawe co mówią socjologowie na temat tzw. łańcuszków? Część z nich to stricte naciąganie, rodzaj piramidek, w których wąski krąg osób wzbogaca się na naiwnych mróweczkach z trzydziestej z kolei gałęzi. Co jednak z łańcuszkami mniej interesownymi, które polegają na rozsyłaniu przesłania dalej?

Mam kilka teorii: po pierwsze nuda. Większość głupich i bezmyślnych rzeczy, które ludziom przychodzą do głowy bierze się z braku konstruktywnego zajęcia. Ponadto chęć nawiązania kontaktu, nie mając nic mądrego do powiedzenia, a nuż wysyłając na GG łańcuszek, ktoś odpowie 'cześć, co tam u Ciebie?' i później dialog jakoś się potoczy. Inną przyczyną popularności tego spamu mogą być przesądy i zabobony, śmiem twierdzić, że ludzie rozsyłają wiadomości 'dla zasady', wierząc, że w groźbach może być ziarno prawdy. Pamiętam, jak przed maturą znajomi masowo spamowali, twierdząc, że wolą przeforwardować, niż nie zdać matury... Najbardziej drażnią mnie 'łańcuszki strachu' informujące o wirusach, trojanach, opłatach za GG, a nawet... groźbach spalenia dysku. Ktoś, kto mi coś takiego przesyła, w chwili naciśnięcia 'enter', automatycznie naraża się na duży spadek szacunku w moich oczach...

I stało się... Zostałam 'ustrzelona' przez użytkownika madziako2. Nie wydaje mi się, aby była to stała czytelniczka bloga, więc nie czuję się w obowiązku wyjaśniania jej dlaczego udziału w zabawie nie wezmę. Nie wezmę, bo łańcuszkami gardzę. Zaś owa zabawa robi oszałamiającą karierę na blogach i to nawet na tych, które bardzo cenię... Żeby nie być całkiem na 'nie', napiszę co mi się w tym podoba. Otóż jest to niezła forma reklamy za pomocą linkowania (należy zaprosić 6 kolejnych blogerów), a w konsekwencji zwiększenie oglądalności bloga. A to wszystko za cenę napisania o sobie '6 nieważnych, śmiesznych rzeczy'.

Blog jest pewną formą ekshibicjonizmu i jego właściciel może wypisywać na nim co mu się żywnie podoba, w granicach Konstytucji RP. Nie potrzebuję więc specjalnej zachęty, aby zapostować o moich najskrytszych tajemnicach. Tylko po co? Poza tym co to ma znaczyć '6 nieważnych rzeczy'? Dla mnie wszystko, co mnie samej dotyczy jest ważne. Mój blog ma charakter misyjny i służy dzieleniu się moją wiedzą i wrażeniami z obejrzanych/wysłuchanych/przeczytanych dzieł. Zawiodę więc tych, którzy liczyli na wynurzenia z dzieciństwa, czy wyjawienie słabości. 

A z okazji Świąt, z dedykacją dla wszystkich sympatyków bloga, w tym szczególnie dla Agaty, 'CZESIOWEGO ALLELUJA!':




© ritalounge... antropologia współczesności
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci